Ciemniejsza strona człowieka z ekranu

  • Drukuj

Dowiedziałam się z gazet, że mam trenerkę fitness, choć nie mam. "Trenerka wszystkich Polek", tak czytam, więc moja też? Zawłaszczył mnie ten tytuł. Człowiek ekranu, czy tego chce, czy nie chce, jest zawłaszczony przez telewidzów. 

Ilu widzów, tyle wcieleń. Ilu internautów, tyle wcieleń – niestety. Przyjmując ten punkt widzenia, nie wiem, kim jestem. Lepiej tego nie roztrząsać, tylko „robić swoje” jak najlepiej. Ale czasami rzeczywistość jest szybsza niż mój filozoficzny spokój.

Kilka dni temu wręczałam "Różę Gali" w kategorii Media. Dołożyłam starań, aby dobrze i stosownie do okazji się zaprezentować. Siedząc u fryzjera, dodawałam sobie animuszu słowami Joan Collins, która zapytana przez gospodarza talk-show "Life Stories" Piersa Morgana, czy robiła jakieś "zmiany urody", odpowiedziała czarująco: "Każdego dnia staram się po prostu ładnie wyglądać". Na mojej głowie powstała burza imponujących loków. Następnego dnia po transmisji gali w telewizji, dzwoni ciocia Irenka, która głośno mówi i słabo słyszy. "Alusiu, gratuluję, pięknie wyglądałaś! Co za fryzura! To peruka?". "Nie, nie, to moje własne loki!", broniłam się. "Piękna ta peruka!", długo jeszcze zachwycała się ciocia Irenka. Uznałam więc, że byłam w peruce. Nie ma dyskusji!

Lata temu dwaj prężni dziennikarze, którym nie udało się zostać gwiazdami telewizyjnymi pomimo wstydliwych wysiłków, w swojej stałej rubryce regularnie besztali tych, którym się udało. O mnie napisali, że: "wróciła na ekrany była gwiazda telewizji Gomułki!". Hm, aż taki zaszczyt mnie nie spotkał, tym bardziej, że byłam wtedy w podstawówce. Poza tym, nie wracałam na ekran, bo raczej z niego nie schodziłam. Ale fajnie brzmi taki tekścik ilustrowany zdjęciem, na którym przypominam Statuę Wolności. "Tak ciociu Irenko, byłam w peruce!".

Spotykam się z młodym dziennikarzem, przed którym otwiera się piękna kariera w kolorowym piśmie. Trzeba pomagać młodym! W okolicach trzeciego pytania orientuję się, że chłopak zapoznał się tylko z kilkoma ostatnimi latami mojej pracy i nawet mam wrażenie, że nie zawsze mojej. "Tak, tak, byłam w peruce!"

Na portrecie Hani Bakuły, który umieściła w swojej książce Moja Firma Portretowa, nawet wyglądam jak w peruce. Za to wielką zaletą obrazu jest to, że - jak stwierdziła ciocia Irenka - przypominam bardzo Irenę Szewińską, a to piękna kobieta. Wiadomo, niezwykle utalentowana malarka i pisarka tworzy nie tyle podobizny, co portrety psychologiczne swoich bohaterów. Z wielką przenikliwością udało jej się uchwycić mój problem tożsamościowy.

Autorka moich loków, przepraszam peruki, przesyła mi SMS-a ze zdjęciem umieszczonym na jakimś portalu, na którym przypominam cwałującego konia Przewalskiego z dorodną grzywą i dodaje uśmiech: "Pięknie pani wygląda!".

Sprawa jest przegrana, poddaję się, nie wiem, jak wyglądam. Nie wiem też, kim jestem. Przewalskim w peruce z epoki Gomułki z cudzym życiorysem.

Jadę do telewizji. Znowu źle wyliczyłam sobie czas, co jest moją wielką słabością i spieszę się, pomstując pod nosem. Jest to stan zwany w moim wewnętrznym slangu "Eliasem Gomezem Azcarate Ramirezem". Elias jest Meksykaninem z Acapulco, długo pisaliśmy do siebie listy za czasów studenckich. Ja odpisywałam po tygodniu, on po pół roku, roku, dwóch latach, ale zawsze witał się tak, jakbyśmy się wczoraj widzieli. Czas to pojęcie bardzo osobiste. Przypominam sobie rozmowę z podziwianą przeze mnie Hanną Krall. Omawiamy wywiad, który mam wkrótce z nią przeprowadzić. Jest jesień, siedzimy w kawiarni przy kawie i rozmawiamy nieśpiesznie. Pani Hanna wspomina o swoim nowym projekcie realizowanym z Krzysztofem Warlikowskim. Wyraźnie podekscytowana, proponuję: "Pani Hanno, spotkajmy się, omówimy ten temat. To może być bardzo ciekawa rozmowa!". "Dobrze", odpowiada pisarka. "Kiedy?", pytam niecierpliwie. "Może na wiosnę?".

A więc jadę do telewizji z syndromem Ramireza. Mam niedosuszone włosy, ciemne okulary i chyba wyglądam jak zmokła, zestresowana kura. Marzę o tym, aby mnie nikt nie zobaczył. Zatrzymuję się na światłach, przede mną ostro hamuje samochód, który mało co nie wpada na piszczącą oponami ciężarówkę z przodu. Kierowcy otwierają drzwi i zaczynają "rzucać mięsem", raczej armatnim. Ostro lecą chłopaki! Prawdziwe zuchy! Nagle ten bliżej stojący, odwraca głowę w moim kierunku, uśmiecha się i mówi grzecznie: "Bardzo panią przepraszam, pani Alicjo", po czym wraca do rzutu mięsem.

Zostałam zidentyfikowana, trudno. Jadąc, wykonuję swoje stałe ćwiczenia rozluźniające mięśnie twarzy, wytrzeszczam się, przewracam oczami, wyszczerzam zęby, robię tzw. "motorek" – brrrr, rozluźniam kark. Pełny zestaw. Zatrzymuję się na kolejnych światłach, dalej ćwiczę. Czuję na sobie wzrok sąsiada. Wolę nie sprawdzać, a nuż jakiś kolega z podstawówki. W telewizyjnej charakteryzatorni, pod suszarka, paluszkami i pędzelkami cudownych specjalistek szybko dochodzę do stałego poziomu urody. Pierwsza osoba, którą spotykam na korytarzu prowadzącym do studia to wybitny śpiewak operowy. Wita się ze mną wylewnie: "Witam, pani Alicjo, co za zbieg okoliczności, staliśmy obok siebie na światłach!".

A teraz trochę po japońsku. Mam poprowadzić ważną uroczystość firmową. Standard. Powitanie, przedstawienie pani prezes, przemówienie pani prezes, prezentacja materiałów filmowych, przemawiają członkowie zarządu i goście honorowi, występ gwiazdy uświetniającej, rozdanie nagród, występ, pożegnanie. Spoglądam na panią prezes. Jest blada, trochę drży - nerwy. Proponuję jej świetną metodę relaksacyjną, która natychmiast postawi ją do pionu. Jest zachwycona. Szukamy cichego, pustego miejsca. Okazuje się, że takimi warunkami dysponują tylko przestronne sanitariaty damskie. Angielskie „powder room” brzmi ładniej. Toaleta wydaje się pusta. Zaczynam prezentować system oddechów jogi, głębsze, przeponowe, płytsze, aż w końcu gwałtownie wyrzucane z jakby samurajskim okrzykiem: "Yhh!". Ćwiczymy wspólnie, Yh!… Yhh!… Yhh!… Yhh! Dwie eleganckie damy w samurajskim zwarciu. Yhh!.. Yhh! Nagle rozlega się szum spuszczanej wody i z kabiny wychodzi skonsternowana użytkowniczka. Ucieka w popłochu. Aż boję się zgadywać, co też sobie pomyślała. Kiedy otwieram uroczystość z mocno uspokojoną i zaróżowioną prezes, widzę panią z toalety w pierwszym rzędzie, też jest zaróżowiona.

Ta mnogość wcieleń i istnień ludzi znanych z ekranu wskazuje tylko na to, że George Berkeley, filozof irlandzki, miał racje kiedy pisał: "Esse est percipi"("Istnieć, to być postrzeganym").

Ale trudno też nie zgodzić się ze słynną sentencją z bajek Fedrusa: "Rzeczy często nie są takimi, jakimi się wydają. Pierwsze wrażenie zwodzi. Tylko inteligencja niewielu pozwala dostrzec co ukryte".